poniedziałek, 2 marca 2009
Hmm.. To chyba koniec
PS Jeszcze raz sorki. i nie zostawiać komentarzy typu " Ten blog jest super, pisz dalej" albo " nie rezygnuj!".
czwartek, 12 lutego 2009
Znaleziona...
Poczułam się jak śmieć. Nikomu nie potrzebna. Czemu mnie zostawili? Nie mogłam tego pojąć. Czego się wystraszyli? Może ktoś zmierza w moim kierunku… Boje się.
Myślałam tak intensywnie, że po chwili rozbolała mnie głowa. Nawet nie zauważyłam jak Ktoś wszedł na kamienista polanę. Miał włosy koloru złocistego blond, oczy także w takim odcieniu, a skórę bladą i zmęczoną. Były z nim dwie dziewczyny. Wydawało mi się że widzę demony. Poczochrane włosy, czarne ciuchy i dużo dupereli przy nich. Wszystko czarne, różowe, lub białe. A na dodatek były do siebie strasznie podobne. Te same ubrania i fryzury. Były z nimi jeszcze dwie inne dziewczyny i czterech chłopaków. Same przystojniaki. Tacy jak James. Zawirowało mi w głowie. Zrobiło mi się nie dobrze. Czy oni tez mnie nie widzą? Czy tez mi nie pomogą. Nagle ten najwyższy i najprzystojniejszy odpowiedział na moje nieme pytania.
- Nie martw się przyszliśmy Ci pomóc.
- Widzicie mnie?
- Niektórzy…
- Gdzie jestem? Kim jesteście? Gdzie James?
- Spokojnie.
Podszedł do mnie i dotknął mojego ramienia. Po chwili miałam już zdrowe nogi. Udawałam ze nic nie zauważyłam żeby nie wyjść na wariatkę. To pewnie aluzja albo jakaś sztuczka. To nie może być prawda. Przekonywałam się. Jednak nie do końca byłam z tym zgodna. Widziałam to. Dlaczego nie mogłam więc uwierzyć. To było nie normalne.
- Jak to zrobiłeś?
- Moja mała tajemnica.
- Kim jesteście?
- Wytłumaczy ci to wszystko James.
- Znacie go ?
- No jasne jesteśmy rodziną…
- Co?
- Wytłumaczy Ci to James. Wstawaj…
Wstałam nieporadnie. Podeszły do mnie „demony” i złapały mnie pod rękę. Poczułam przechodzący prąd, jakby mnie pobudzały prądem. Próbowałam się wyrwać ale tonie nie dawało. Były o rok starsze… Nic nie mogłam zrobić.
Mimo że nie znałam tajemniczej grupy ludzi szłam równo z nimi. Dziwiło mnie to że im ufałam. Zawsze byłam raczej przeciwna zawierania znajomości z takimi ludźmi jak rzekome dziewczyny, które teraz szły z tyłu. Spacerowaliśmy w ciszy. Nikt się nie odzywał. Nie wiedzieć czemu odpowiadało mi to.
Wyszliśmy na piaszczystą drogę, gdzie nie było śladu po zniszczonym pociągu. Czyżby ktoś go posprzątał?
- Gdzie pociąg?
- Jaki pociąg?
- No ten co się wykoleił…
-Ach… ten to jeszcze 4 kilometry…
- Co?
- Nie pamiętasz ile czasu szłaś tutaj?
- Nie… Ja tu przyszłam przez sen…- Zaczerwieniłam się nie na żarty.
- Nie wstydź się to miejsce ma to do siebie…
- A w ogóle gdzie jesteśmy?
- To kamienne kręgi w Węsiorach…
- A co w nich dziwnego?
- Chcesz się o nich coś dowiedzieć?
- Jasne…
Rozmawiało mi się z nim tak spokojnie i miło. Chociaż nie znałam jego imienia wiedziałam, że on zna moje…
- Jak masz na imię?
- Seth… ale nie o tym będziemy rozmawiać.
- A miałeś mi opowiedzieć o kręgach…
- Tak… Kręgi kamienne są jednym z przejawów kultury megalitycznej. Budowle megalityczne zastanawiają ludzi od dziesiątek lat. Nikt, jak dotąd, nie wyjaśnił w wystarczającym stopniu ich zastosowania, a w szczególności pochodzenia. Tak jak widziałaś te kamienie są czyste, nie naruszone i ciepłe. Chyba ze ich nie dotykałaś.
- Nie dotykałam…
- Szkoda, ciekawe doświadczenie… Na około takich kręgów znajdują się kurhany i pełno tabliczek z ogłoszeniami. Jest to bardzo niebezpieczne miejsce… magiczne. Według nielicznych świadków podczas przesileń wiosennych, letnich, jesiennych i zimowych po lesie krążą mityczni strażnicy, złe duchy i świetliste kule.
- Ja widziałam te kulę… Przez nią tu jestem… A w ogóle kto wam powiedział, że tu jestem? Dlaczego mnie widzicie, a tamci turyści nie widzieli i nie czuli mojej obecności?
- Jacy turyści?
- Przed wami byli na tej łące podróżnicy. Siedzieli na tych skałach i jakby ładowali swoje akumulatory, bo przyszli zmęczeni, a odeszli pełni sił.\
- Opowiedz mi o tej kuli…
- Eee… Ona była taka malutka, że zmieściłaby się w ręce. Latała przede mną i oświetlała mi drogę na łąkę. Od niej emanowało takie ciepło. Była jak antybiotyk na wszystkie troski i bóle. Nie czułam strachu. Przy niej byłam taka spokojna.
- Dobrze… Hmm… Jak zachowywał się James gdy pierwszy raz Cię zobaczył??
- To trochę krępujące, ale on zachowywał się jak wypłosz… gapił się na mnie, odsuwał się na drugi brzeg ławki, nie rozmawiał ze mną kiedy obok mnie były moje koleżanki. Nic kompletnie się wstydził. Aa… i jeszcze zatykał nos, chociaż cała klasa mówiła, że mam najlepsze perfumy. Nie wiem czemu tak było ale teraz jest Ok. Co prawda często mnie wkurza, ale jest spoko…
- Chcesz wiedzieć dlaczego tak było?
- No jasne…
niedziela, 8 lutego 2009
Niezauważona...
Gdybym nie miała 14 lat na pewno zaczęłabym płakać… Nikt mnie nie widział. Świetna okazja. Nie lubiłam płakać ani użalać się nad swoim losem. A poza tym to moje rozumowanie było proste. Po co płakać… Przecież łzy nic nie dadzą, nic nie odmienią, a tylko pogorszą stan mojej psychiki, lub zepsują urok moich oczu.
Leżałam tak w stanie otępienia. Nie wiedziałam gdzie jestem, czemu tu jestem, co to za miejsce, czemu tak się stało, co oznaczała dziwna kulka z mojego snu, czym była, dlaczego szeptała do mnie, czy jestem daleko od Jamesa? Coś mi podpowiadało, że chyba powinnam udać się na południe(stamtąd przyszłam). Lecz moje ciało nie chciało się ruszyć. Miałam okaleczone stopy (od kamieni). Bolały mnie okropnie…
Usiadłam, bo na więcej nie było mnie stać i rozejrzałam się po okolicy. Wszystko co ujrzałam to grupka kamieni, ułożonych w bardzo równym kręgu. Dokoła były jagody, drzewa, grzyby. Było tu bardzo czysto (jak na las). Na kamieniach nie było mchu, robaczków ani w ogóle żadnej skazy. Bardzo dziwne miejsce. Takie tajemnicze. Było tu strasznie cicho. Żadnego szumu, śpiewu ptaków. Nic tylko pustka. Zaczynałam się powoli denerwować. Wszystko tu było takie dokładne i zharmonizowane. Jak w bajce.
Za drzewem cos zaszeleściło. Obejrzałam się do tyłu. To byli tylko turyści… Turyści!? Nie dowierzałam własnym oczom. Powinni się przerazić moim widokiem. Nogi i ubrania we krwi. I jeszcze sama w środku lasu. Żałosne… ale nic się nie działo. Nawet nie drgnęli. Weszli na dróżkę i ruszyli prosto na mnie. Miałam nadzieje, że mi pomogą. Skręcili nagle w prawo i ominęli mnie ostrym łukiem. Podeszli do jednego z kamieni. Rozglądali się dookoła, czy na pewno nikt ich nie widzi. Usiedli na kamieniu i zamknęli oczy. Pilnie potrzebowałam pomocy. Moja nogi zaczęły piec mnie przeraźliwie. To pewnie zakażenie.
- Przepraszam, że przerywam, ale potrzebuje pomocy…- nawet nie drgnęli- Halo? Proszę państwa?
Nic ciągle cisza. Żadnego ludzkiego zachowania. Przestali oddychać. Eee… Może oni umarli. Chciałam ich obudzić, ale nie mogłam wstać. Zaczęłam czołgać się po Ziemi. Gdy już byłam bardzo blisko pani siedząca na głazie drgnęła i otworzyła oczy. Jej wzrok był teraz dziki i ostry. Jej gałki oczne wręcz świeciły.! Pociągnęłam ją za nogawkę. Nic. Znowu zamknęła oczy.
- Halo… Proszę pani…
Ona chyba jest głucha. Naprawdę. I chyba tez ma zanik mięśni bo nic nie czuje. Spróbowałam teraz szczęścia u pani siedzącego obok.
- Proszę pana.!
Ciągnęłam za nogawkę, ale to nic nie dawało. Nagle facet otworzył oczy spojrzał gdzieś na krzaki i wstał. Przy tej czynności kopnął mnie prosto w brzuch. Jego towarzyszka tez powstała. Złapali się za ręce i uciekli w las…
sobota, 7 lutego 2009
Zagubiona...
Bałam się chwili, kiedy się obudzę i ujrzę swoje spalone, lub poszarpane ciało. Mimo, że już od dawna leżałam na czymś twardym, nie dawałam znaków życia. Gdybym teraz otworzyła buzie, żeby cos powiedzieć najpierw wydarłabym się a dopiero później zaczęła normalnie myśleć. Więc leżałam w bez ruchu. Wokół mnie było niezwykle cicho. Nie mogłam uwierzyć. Przecież dopiero przed chwilą obok nas zdarzył się wypadek. Słyszałam tylko spokojny oddech Jamesa. Wydawało mi się, że ból pomału odchodzi. Otworzyłam niepewnie oczy. Piekły mnie strasznie od dymu unoszącego się w powietrzu. Przeraziłam się tym co zobaczyłam. Byliśmy sami. Obok nie było nikogo. James siedział po turecku i nachalnie gapił się na mnie. Miał nienagannie czysty strój i pięknie ułożona fryzurę. Wciąż byłam na niego wściekła za te chamskie odzywki do mnie, za te wszystkie tajemnice, lecz przestało mnie bawić ciągłe obrażanie się na wszystkich. Próbowałam cos powiedzieć, ale nie mogłam. Oddychałam, ale wcale tego nie potrzebowałam. Nie robiło mi to różnicy. Powietrze wlatywało do płuc i spokojnie wylatywało. Podniosłam się i zobaczyłam to czego tak się bałam. Cała byłam w krwi. Skrzywiłam się, ale nie z bólu tylko z obrzydzenia. Nigdy nie lubiłam widoku krwi, a jej zapach powodował u mnie mdłości. Była tak wyrazista, świeża migocząca. Z całego pociągu ludzi zostaliśmy tylko my i góra gruzu, powyginanych drutów i krwi. Nikt nie przeżył… Tak jak mówił James.
Poczułam ukucie gdzieś pod sercem. Byliśmy tylko my. Bez cywilizacji i jakiego kolwiek środka komunikacji. Całkowicie odcięci od świata.
Dochodziło południe, gdy postanowiłam ruszyć się z Ziemi. Dziwiło mnie zachowanie Jamesa. Od rana siedział i medytował. Miał zamknięte oczy, rozluźnione ramiona i przerażająco śmieszną minę. Kilka razy uśmiechnął się pod nosem, gdy ja ryczałam ze śmiechu, lecz nie ruszył się Az do wieczora. Przez ten cały czas ja przeszukiwałam resztki pociągu. Nie znalazłam nic prócz kilku walizek z ubraniami, kilku aparatów cyfrowych i zepsutych teczek z papierami. Gdy już miałam się poddać w jednej z teczek znalazłam telefon z pękniętą szybką. Było naprawdę śmiesznie gdy spadła na mnie wielka teczka z jakąś porcelaną i James pomagał mi wyjść s pod siedzenia… ;)
Tego dnia nie mogłam spać, tak samo jak James…;* Postanowiłam to wykorzystać. Było strasznie zimno, ale na pewno nie nam. Leżeliśmy na podłodze w jakimś przedziale przykryci stertą ubrań. Długo wpatrywaliśmy się w siebie. Chciałam się dowiedzieć co się stało. Nic nie pamiętałam. Najbardziej ciekawiło mnie, dlaczego tylko my przeżyliśmy.
- Co się stało?- zaczęłam. Bałam się tylko, że znów zacznie się wykręcać. Było bardzo dużo czasu na opowiadania.
- No przecież wiesz wykoleił się pociąg, a my zdążaliśmy wyskoczyć zanim wagony zaczęły się wywracać.
- Skąd wiedziałeś, że nikt nie przeżyje?- serce zaczęło bić szybciej.
- No wiesz… Jestem wychowany w rodzinie pełnej przesądów. Przedtem mieszkałem obok takiej dziewczyny, która bardzo mnie intrygowała. Zdaję się że miała na imię Kasia. No i moja mama była wróżką. Uczyła mnie o ludzkich zachowaniach. To było proste. Gdy ludzie się czegoś boją są słabi, bezużyteczni. Stoją tylko i czekają, aż ktoś im pomoże. Lecz nikogo takiego nie ma. Każdy człowiek ma podobny umysł. Gdy pojawia się jakaś przeszkoda, od razu zamyka się przed nią, co powoduje zatrzymanie niektórych zmysłów. Tak było i tym razem…
- Czekaj wspomniałeś coś o Kaśce. Jaka ona była?
- No wiesz taka jak prawie każda dziewczyna… Cała umalowana i wyperfumowana i w skąpych strojach…
- Nie o to pytam…
-Ehh… no brunetka, niezbyt ładna jak na mój gust, chuda i niska.
- Aha…
Teraz w mojej głowie była burza. On mówił o mojej kuzynce. O mojej zwariowanej, walniętej kiedyś przez piorun kuzyneczce.
Kiedyś Kasia wracała do domu podczas burzy. Miała przy spodniach metalowy łańcuch. Gdy przechodziła pod drzewem przy torach, używała telefonu. Dzwoniła do cioci. W tym czasie uderzył w nią piorun kulisty. Nie był duży, ale zrobił swoje. Cała poparzona Kaśka trafiła do szpitala, dzięki grupie przechodzących osób. Zauważyli ją i wezwali pomoc. Gdy była już w szpitalu, przeszczepiali jej skórę. Trwało to długo, ale po operacji wyglądała jakby nic się jej nie stało.
Siedziałam, a dokładnie to leżałam na siedzeniu, jednego z przedziałów zniszczonego pociągu. Miałam co robić. James spał(przynajmniej udawał), a ja czytałam książki które znalazłam w innych torbach. Cudem było, że świeciło światło. Książki były denne i monotonne. Wszystkie o tym samym ( dziewczynie z biednego domu, która przeprowadza się do małego miasta. Nie może się odnaleźć o nagle zjawia się on… miesza jej w głowie i żyją razem w zdrowiu i szczęściu). Po ciężkim dniu zasnęłam z nadzieją, że jutro się obudzę w łóżku, a mama mi powie, że to był tylko koszmar.
Śniłam o jasnej kuleczce, która szepce do mnie o dogodnościach i każe iść za nią, a ja posłusznie wychodzę z pociągu niczym marionetka na sznurkach nie mogąc oprzeć się jej światłości. Ten sen był taki realistyczny. Czułam jak uderzam stopami o podłoże, jak wiatr rozwiewa mi włosy i najgorsze… ja patrzyłam na to swoimi oczami. Oczami bezbronnej dziewczyny, która jak idiotka idzie prosto w paszczę krokodyla.
Rano obudziłam się na środku lasu przy kilku takich samych kamieniach. Zrobiło mi się nie dobrze. Gdzie ja jestem? Nie wiedziałam co mam robić…
sobota, 31 stycznia 2009
Droga do nikąd...
Naszym pociągiem nagle szarpnęło. James po raz trzeci przytulił mnie do siebie. Rozpłakałam się nie na żarty. Znowu szarpnęło. Rozległ się wielki huk. Ludzie zaczęli wrzeszczeć. Zamiast otworzyć drzwi i przejść do kolejnego przedziału jak człowiek, ja otworzyłam drzwi do wyjścia i wychyliłam głowę. Moje brązowe, cieniowane włosy rozwiał wiatr. W moje nozdrza uderzyło lodowate powietrze.. Bez wahania wystawiłam nogę, ale James mnie złapał. W ostatnim momencie zauważyłam miejsce w którym wygiął się tor. Byliśmy już bardzo blisko. Tłoczyliśmy się wszyscy koło lokomotywy. Maszynista leżał na podłodze zdezoriętowany a jakiś młody facet na ostatnich siłach próbował wezwać pomoc. Nie wychodziło mu zbytnio.
Po chwili wszystko ucichło. Jakbym straciła słuch. W mojej głowie wirowało steki pytań. Nagle te wszystkie wywody przerwał głośny wrzask mojej kochanej mamy. Był to miażdżący głowę pisk. Poczułam, że uderzam głową w coś twardego i nagle tracę przytomność…
Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Przed oczyma miałam tylko ciemność. Czułam jak ktoś próbuje mnie kopnąć i, że ktoś mnie popycha… W mojej głowie zobaczyłam moją mamę, z wyrazem twarzy jakby zobaczyła trupa. Jej zwykłe zmarszczki zakrywały teraz łzy. Nie wiedziałam co o tym myśleć.
Poczułam smutek i tęsknotę. Doskonale wiedziałam, że żadno z nas nie przeżyje…
I wtedy po raz ostatni krzyknął do mnie James. Poczułam mocne szarpnięcie i w tym samym momencie w moich nogach zapłonął ogień. Piekły mnie strasznie. Wszystko to działo się tak szybko… Nie zdążyłam nawet otworzyć oczu, gdy nagle usłyszałam ogromny huk i znowu zemdlałam. Wiedziałam, że to musi być już koniec… Nie czułam nic, a powinnam odczuwać ból. Miałam złamane dwie nogi i najprawdopodobniej kręgosłup także. Nadal nic nie widziałam. Słyszałam tylko rozpaczliwe wołanie Jamesa…
sobota, 24 stycznia 2009
początek końca...
- Cześć Jess.!- Powitała mnie mama
- Cześć wszystkim.
- Gotowa do wyjazdu.?
- Nie.
- Nie o to pytam. Pytam czy spakowana i wyspana.
- A tak jest OK.
-No to dobrze. Za 30 minut jedziemy na dworzec.
- OK. Tylko zjem.
- Dobra. Idę po twoje Mp3.
I wyszła zostawiając nas samych. Odwróciłam się do niego plecami i uszykowałam sobie śniadanie. Jadłam w milczeniu, a on się gapił. ”Może jest głodny.?”
- Jesteś głodny.?
- Nie. Co to w ogóle za pytanie.?- Patrzysz się na mnie jakbym ci coś zabrała.
- Tak tylko się przyglądam… Bo… Podob… Nic już…
- Dokończ.! No już.! Jestem ciekawa zakończenia.
- Nie to nic takiego.
Nagle do kuchni weszła mama z moją podręczną torbą.
- No dzieciaki. Wychodzimy.
Spojrzałam na mamę z wyrzutem i pobiegłam na górę by umyć zęby. Na dole zastałam ich już przy samochodzie mamy. Bez słowa ruszyliśmy w daleka podróż. Na dworzec dojechaliśmy o 10 minut za szybko. Weszliśmy na peron gdzie czekała na nas cała podenerwowana pani dyrektor. Dostaliśmy od niej po voucherze(takim bilecie w obie strony). Omińmy szczegóły wsiadania bo to nudne. Kiedy już włożyliśmy bagaże na półki usiedliśmy naprzeciwko siebie uśmiechając się od ucha do ucha. Dyskretnie wyjęłam z torby Mp3 i włączyłam swoją ulubioną piosenkę zespołu Muse. Po chwili zauważyłam, że James mi się przygląda.
- Czy ja coś robię nie tak.?- Spytałam wkurzona.
- Nie…
- To o co chodzi.?
- O nic…
- Gadaj.!
- Nie to zbyt osobiste.
- Czyli jednak coś robie nie tak.?
- Nie.!
- Mam tego dosyć.! Wychodzę.
Coś tam jeszcze wymamrotał pod nosem. Zignorowałam jego dziecięce wybryki. Jak sobie pomyślałam, ze spędzę z nim dwa miesiące to nie dobrze mi się robiło. Ruszyłam w stronę toalety. Koło niej była taka ławka na której siadali ludzie chcący pooglądać krajobrazy w dużym oknie. Bez zastanowienia usiadłam koło dziwnie wyglądającego faceta. Był obleśny i śmierdział alkoholem. Odsunęłam się dyskretnie. Mimo to spojrzał ma mnie tak jak James. Czyżby on chciał coś ode mnie??. Myślałam o byle czym tylko nie o Jamesie i tym dziadzie siedzącym teraz w dużym rozkroku. Postanowiłam iść do mojego przedziału i posłuchać muzyki.
Weszłam dyskretnie do niego i usiadłam na najwyższej kuszetce (W każdym przedziale jest sześć kuszetek, czyli takich łóżek na ścianie) tak żeby James mnie nie zauważył. Włączyłam moją ulubioną piosenkę i wygodnie rozłożyłam się na łóżku. Nagle pociągiem coś szarpnęło i drzwi do przedziału otworzył konduktor.
- Proszę zapiąć pasy.! Czeka nas coś złego.!
I uciekł by przekazać informację dalszym pasażerom. Schyliłam się by spojrzeć na Jamesa, ale nigdzie go nie było. Po chwili jednak zjawił się ubrany w bluzę i z mokrymi włosami. Spojrzałam za okno. Padał deszcz. Padał to za mało powiedziane. Lał deszcz. James podszedł do mnie złapał za rękę i zdjął z kuszetki. Zaprowadził do wyjścia gdzie był ogromny tłok. Ludzie zbierali się tam gdzie podziwiano krajobraz. James pociągnął mnie dalej.
- O co chodzi.? – spytałam go, po czym zauważyłam, że dużo osób na nas patrzy.
- Pociąg się … wykolei.! Nie ma ratunku.! Musimy iść w jak najbezpieczniejsze miejsce…
- Ale jak to.? Pociąg.. O nie.. Jak.? Nie można tego zatrzymać.?- odebrało mi mowę. Nie umiałam złożyć zdania.
- Tak.! Ale my nie zginiemy.- mówił tak cicho, żeby nikt nie usłyszał.
- Jak to.? Nie wierze… jednak wszyscy przeżyjemy.- wpadłam w euforię.
- Nie… Nie… Nie… Jess… tylko my przeżyjemy. Oni wszyscy zginą. – był bliski płaczu. I ja też.
- Dlaczego.? Oni zginą a my nie.?
- Nie wiem… Wytłumaczę ci wszystko kiedy to się skończy.
apel...
- Halo.
- Halo, halo. Jessica. Tu ciocia Ela. Przyjeżdżamy do ciebie na weekend. Już wszystko ustalone.
- Ale ciociu mnie nie będzie…
- Jak to.?
- Jadę na wycieczkę klasową. Na dwa tygodnie. Wyjeżdżam już za pięć dni.
- No cóż. Rosalie nic mi nie powiedziała. Tak dawno się nie widziałyśmy. Wiesz syn mojego znajomego chodzi chyba do twojej szkoły. Ma chyba na imię Jacek.. Nie czekaj James. To taki uroczy szatyn.
- Tak nie zauważyłam takiego w szkole. Kiedy się przeprowadził??
- Chyba niedawno. Wiesz nawet ma tyle lat co ty??
- No nie wiem. Nie znam żadnego szatyna o imieniu James.
I nagle mnie olśniło. Znam Jamesa, ale nie szatyna. Przypomniałam sobie, ze Alice nigdy nie była dobra w rozpoznawaniu koloru włosów.
- Czekaj ciociu. Czy on na pewno ma taki kolor włosów.?
- Oj. Nie wiem dokładnie, ale chyba … Wiesz, że nie jestem dobra w kolorach.!
- Znam go.! Ale nie jest zbyt towarzyski.
- No wiem. Kiedy jeszcze mieszkali obok nas Kasia próbowała go poderwać.
- Tak.? To chyba się zawiodła. U mnie w szkole tez są takie pudernice co ciągle mnie obgadują.
- Za co.? Chyba nic nie przeskrobałaś.?
- Siedzę z Jamesem w ławce…
- To fajnie. Masz takie szczęście.
- Szczęście.?! Chłopak zachowuje się jak wariat. Nie mogę się ruszyć, bo od razu będzie mi się przyglądał.
- Wpadłaś mu w oko…
- O nie…
- Dobra jak chcesz. Ja i tak przyjadę w Sobotę. Na pewno nie wezmę Kaśki bo zwariuje!!
- Okej…
- Lepiej się szykuj bo się spóźnisz.!
- Spoko ciocia. Mam jeszcze 30 minut.!
- Dobra nie przeszkadzam ci.
- No to pa.
- Kocham Cię pa.
Odłożywszy słuchawkę telefonu na miejsce poszłam się ubrać. Dziś miał być apel porządkowy dla klas drugich i pierwszych. Zapowiadała się wielka nuda. Zawsze na takich apelach odczytywane są osoby które zakalikowały się do dalszych etapów konkursów zawodów, lub olimpiad.
Myśląc o moim udziale w konkursie z Języka polskiego ubrałam się i pospiesznie wyszłam na dwór. Nie myśląc o tym co robię zachłysnęłam się powietrzem. James stał na drodze i czekał na mnie. Poczułam się strasznie głupio. W myśli wyobraziłam sobie minę Ani, gdy tylko zobaczy mnie pół metra od niego. Brr… aż mi ciarki przeszły po plecach. Nie chciałam wszczynać pierwszej wojny klasowej.
Podeszłam nieśmiale do Jamesa i ruszyliśmy przed siebie prosto do szkoły. Przypomniawszy sobie rozmowę z ciotka odsunęłam się od niego jeszcze dalej. Niestety zauważył to.
- Co się dzieje?
- Nic.
- Na pewno.?
- Na pewno nic mi nie jest…
- Nie chcesz to nie mów.
I zamilkł. Olśniło mnie. Taka była moja ostatnia rozmowa z Remkiem. I nasza przyjaźń właśnie na niej się skończyła. Nie chciałam aby spotkało mnie to drugi raz. Bałam się okropnie. Nie wiedziałam co mam powiedzieć dalej…
- Wiesz, że dziś apel.?
- Tak wiem. Nienawidzę apeli. To takie nudne.
- Masz rację. Tez za tym nie przepadam.
-Hmm…
- Widzę, że cos cię gryzie. Nie będę się narzucał. Wiesz, nie powinienem ci tego mówić, ale coś czuję, że dziś wystąpisz… No wiesz na apelu.
- Na pewno nie. Byłam na jednym konkursie i zajęłam najprawdopodobniej ostatnie miejsce.
- Nie martw się.- Podszedł i otoczył mnie ramieniem. Podłapałam rumieńce. Tego nie zauważył bo spuściłam głowę. Udało mi się zrzucić jego umięśnioną rękę z moich ramion dopiero gdy dochodziliśmy do placówki. Ostrożnie odsunęłam się od niego, aby Anka nie zaczęła mnie bluzgać. James nie rozumiał tych głupich przepychanek. Tyle razy mi mówił, że mam się nie przejmować Anią, a szczególnie Pauliną, która ze złości czasami podstawiała mi nogi, lub zanosiła gdzieś plecak. Ale ja go nie słuchałam. Po prostu bałam się ich.! Nie byłam w stanie im chamsko odpowiedzieć. Za nimi stawała większość dziewczyn, bo one były fajne, a ja nie. W sumie nie było we mnie nic z wojowniczki, nic z miss piękności, ani nic prawdziwej kobiety. Nie było u mnie nawet cycków. Byłam płaska jak DH. A jednak James wolił mnie od innych. „Może jest chory umysłowo”- pomyślałam. Tego nie mogłam wykluczyć. Chociaż przestał gnieść sobie ręce, nadal wpatrywał się we mnie z apetytem, a nawet z chęcią zabicia mnie.
Dochodził koniec lekcji religii. Więc za niecałe 15 minut będę musiała stać na środku i słuchać o osiągnięciach innym ciekawych ludzi. Było wiadomo, że Ania i Paulina na pewno zostaną wyczytane, bo wygrały konkurs cheerleaderek. Ciastek wygrała konkurs języka polskiego, matematyki i języka angielskiego i niemieckiego. Daria to prawdziwa maszyna do wygrywania.
Nim się obejrzałam już szłam wolnym krokiem ku wielkiej sali gimnastycznej. Ustawiliśmy się w rzędzie. Spojrzałam do przodu. Wiele osób tu nie znałam. Na przykład w klasie 2c była jakaś nowa dziewczyna. Stała z Mp4 cała ubrana na czarno. Miała okulary. Odwróciła się i spojrzała na Jamesa. A on oblał się rumieńcem i przeszedł do przedniego rzędu, aby lepiej widzieć daną osobistość.
Pani dyrektor poprosiła o ciszę. Najpierw standardowa formuła „ Baczność, spocznij sztandar wprowadzić”. To było najnudniejsze. Nie cierpiałam tego czekania. W końcu doszliśmy do tej części apelu, którą lubiłam najbardziej- rozdanie dyplomów. Najpierw wyszła Ania i Paula, potem Daria, a na końcu Dominika. Został więc konkurs biologiczny. Zacisnęłam ręce w pięści i czekałam. Nagle usłyszałam ”Jessica Berger”. Nie wierzyłam własnym uszom. Ten konkurs był najważniejszy ze wszystkich i startowało w niej 250 uczniów.! Nieśmiało wyszłam na środek. Odwróciwszy się spojrzałam na Jamesa. Uśmiechał się lekko. Siedział prosto i nie patrzył na czarno włosą piękność tylko na mnie. Zarumieniłam się a za chwilę pobladłam. Pani dyrektor trzymała trzy wielkie książki, kopertę, dyplom i medal. Zdziwiłam się, że aż tyle razem dostanę. Nagle pani powiedziała:
- W tym roku mamy drugiego finalistę. Co prawda test pisał w innej instytucji, ale nagrodę dostanie tutaj. Zapraszamy na środek Jamesa Marmara.
Z ust wydało mi się głośne „Uhm”. Wstał opanowany i ze swoją codzienną gracją podszedł do pani by odebrać nagrodę. Widziałam jak z bólu, Ania i Daria nie mogą wysiedzieć na miejscu. One tez brały udział w tym konkursie. Posmutniałam bo pani kazała nam zostać po lekcjach na chwilę. Już nie mogłam się doczekać tego, że pochwalę się mamie, a ona mnie mocno uściska.
Po wszystkich lekcjach poszłam posłusznie do sekretariatu, by zaczekać tam na panią. Ledwie weszła a poczułam piękny, kojący zapach męskich perfum. Wiedziałam, że James już tam jest. Pani przyszła po 30 minutach więc zdążyłam się nawdychać dezodorantu i potem bolał mnie nos. Po minie dyrektorki domyśliłam się, że coś jest nie tak.
- A więc słuchajcie. Dzisiaj przyjechała do naszej szkoły delegacja z Zakopanego. Niektóre dzieci już zostały porozdzielane do klas. Niestety my musimy wysłać kogoś w zamian. W tamtej szkole oczekują kogoś mądrego, zdolnego, no wiecie kogoś z talentem. Pomyślałam, że wy dwoje możecie pojechać. Nie przyjmuje sprzeciwów. Co chcesz Jess.?
- Chciałam się tylko zapytać kiedy jedziemy…
- Jak to kiedy… Jutro. Co znowu.?
- Co z naszą klasową wycieczką.?
- O nic się nie martw. Szkoła zwróci pieniądze twojej mamie, a wy jesteście zwolnieni.
- Czyli to znaczy, że nie jedziemy na wycieczkę do Rabki.?
- Nie. Nie jedziecie.
- Szkoda.
- Tak bardzo wielka. A teraz do domu pakować się. Wasi rodzice już wiedzą. Do jutra pod szkołą.
- Ostatnie pytanie. Na ile tam jedziemy?
- Trudno powiedzieć, ale chyba na 2 miesiące.
- Fajnie.
„Dwa miesiące bez tych głupich jędz”. Zorientowałam się, ze James na mnie patrzy.
- O co chodzi.??
- Dwa miesiące będziemy daleko stąd.
- Ja tam się cieszę. Przynajmniej nie będę musiała patrzeć na Ankę.
- Też racja.
I uśmiechnął się łobuzersko. W jego uśmiechu było cos takiego co zwalało mnie z nóg. Moje nogi były jak z waty… Szłam jednak dzielnie koło niego bojąc się, że w każdej chwili mogłabym się przewrócić bo w ogóle nie patrzałam pod nogi.
W tej chwili liczyło się tylko to, że jutro wyjeżdżam razem z Jamesem do Zakopanego. Czekała mnie czternasto godzinna podróż w jednym przedziale z najprzystojniejszym chłopakiem w szkole.
Kiedy weszłam do domu moja urocza, a za razem szalona mamusia rzuciła się na mnie z gratulacjami. Wyjrzałam zza jej pleców. Na przedpokoju stały już poukładane w stosik torby. Zdziwiłam się bardzo.
- Mamo co te rzeczy robią tutaj.?
- No przecież jutro wyjeżdżasz.! Zejdź na Ziemię.!
- Houston mamy problem. Jak ja to wszystko udźwignę.?
- Jessica zgłoś się.! Ja Ci pomogę.
- No tak… A później.?
- Spoko loko. Tam tez ktoś Ci pomoże.
- Nie ma mowy. Zaraz to przepakuje.
- Zraniłaś moje uczucia…
- Mamo. Uwierzyłabym w te słowa gdybyś się nie śmiała.!
- Dobra spróbuje innym razem. ;)
- Kiepska z Ciebie aktorka.! Ale będziesz miała całe dwa miesiące, żeby się nauczyć.
- Postaram się. A teraz chodź na obiad.
- Ok. Wiesz z kim jadę.?
- Olśnij mnie.!
- Pamiętasz opowiadałam Ci kiedyś o takim Jamesie.
- Nie gadaj… Z nim jedziesz.! Super.!!
- Tez się cieszę. Wiesz może gdzie jest aparat i moja Mp3.?
- Zapakowane w torbie. Spojrzałam na zegarek. Byłą już 17:00. Już nie mogłam się doczekać jutrzejszego dnia. Nie miałam pomysłu na spędzenie jeszcze kilku godzin w domu. Pomimo późnej godziny postanowiłam się przejść. Ubrałam się i wyskoczyłam przez okno( Miałam pokuj na parterze) i pobiegłam w kierunku lasku. Powili zwiedzałam każdy zakamarek lasu. Po dwóch godzinach łażenia w kółko, postanowiłam jednak wrócić i posiedzieć trochę z matką. Zawróciłam w stronę nie oświetlonej dróżki, którą przed chwilą szłam. Strasznie się bałam. Szybko przeszłam przez zarośla i pojawiłam się na osiedlowej uliczce prowadzącej prosto do domu. Szłam wolnym krokiem patrząc w Ziemię. Od czasu do czasu podnosiłam tylko głowę, by zobaczyć czy na nikogo nie wpadnę. Kiedy po raz piąty podniosłam głowę po drugiej stronie chodnika zobaczyłam idącego w takiej samej pozycji jak ja przed chwilą Jamesa. On po chwili także podniósł wzrok. Nasze spojrzenia na chwile się spotkały. Zaczęłam iść coraz szybciej. W zadziwiająco szybkim tempie dotarłam do domku. Mama siedziała jak zwykle w salonie z nosem w TV. Usiadłam koło niej i przytuliłam ją najmocniej jak umiałam. Zamilkła. Skorzystałam z okazji i uciekłam do pokoju by zacząć się przepakowywać. Mama zapakowała mi do torby najbardziej niepotrzebne rzeczy z szafy. Po przeczesaniu wszystkiego zwolniły się aż trzy torby.! Po tak długim sprzątaniu zmorzył mnie sen.
Poczatek...
Może najpierw się przedstawię. Nazywam się Jessica Berger. Mam czternaście lat. Mieszkam z mamą w smutnym, nudnym mieście. W Gdyni nie ma za dużo ciekawych rzeczy. Nie mam ojca. Zginął on gdzieś za granicą w wypadku samochodowym. Ale nie o tym mowa.
Tu zaczyna się Nasza historia…
Kończyły się ferie, a w zasadzie to był ostatni dzień przerwy zimowej. Tego oto dnia czułam że może w naszej klasie zmieni się absolutnie wszystko. I miałam racje. Zawsze po feriach do naszej klasy dochodziła jakaś nowa postać. Kiedy obudziłam się rano była 7:10 i pomyślałam że to jednak nie będzie najlepszy dzień w historii … na pewno nie bo zacznie się od spóźnienia. Po pięciu minutach byłam już gotowa do wyjścia. Byłam bardzo zdziwiona szybkością z jaką się uszykowałam. Szłam wolnym krokiem i obserwowałam ludzi spieszących się do pracy. Ludzie pędzili do swoich monotonnych zajęć. Nagle po drugiej stronie zauważyłam bardzo przystojnego chłopaka, a on zauważył mnie. Ja się uśmiechnęłam, a on tylko wykrzywił usta w grymas. To było dziwne. Pomyślałam ze to może jakiś nowy sąsiad bo nie widziałam go tu wcześniej Nawet jak na mieszkańców tego miasteczka.
Dotarłam do szkoły i zaraz usłyszałam pisk opon. Mój przyjaciel prowadził samochód i prawie we mnie wjechał. Zeszłam mu z drogi i pozwoliłam zaparkować. Remek wysiadł majestatycznie z nowej czarnej, wyposażonej w radio Toyoty i wziął mnie pod ramię. Razem weszliśmy do szkoły ale zostaliśmy rozłączeni przez moje przyjaciółki Andzie (Anie), Martini Doroszini ( Martę), Miecia (Paulinę) i Ciastka (Darie). Zaczęły wrzeszczeć coś o nowym chłopaku, który czeka na dole w szatni. Zadzwonił dzwonek i dziewczyny od razu podciągnęły bluzki, obniżyły spodnie i ciągnęły za dekolty. Chyba tylko ja byłam normalna. To było bardzo dziwne uczucie wyróżniać się z tłumu ludzi zapatrzonych i biorących przykład z innych. Ów tajemniczy chłopiec wyszedł zza rogu korytarza i udał się do naszej klasy. Był boski. Miał wysportowane ciało, brązowe włosy tak jak oczy i opaleniznę. Jednak miał w sobie cos nie ludzkiego coś co mnie do niego przyciągało. To było jak magnez. Nie mogłam od niego odlepić oczu. Miał tak łobuzerskie spojrzenie jak Remek. Jednak z zachowania przypominał mądrą i rozważną sowę. Nie przepadał za „pudernicami”. Raczej wolał naturalne dziewczyny. Dlatego nie odzywał się do połowy dziewcząt z naszej klasy. Staliśmy tak w milczeniu i czekaliśmy na Bioloszkę, która miała ustawić usadzenia do końca roku. Wolałam się nie narażać. W napięciu staliśmy błagając aby jednak nauczycielka się nie zjawiła. Po pięciu minutach pojawiła się na końcu korytarza pani dyrektor. Zaprowadziła nas do pustej sali i zrobiła godzinę wychowawczą( po ustalała kto z kim siedzi, przedstawiła nowego kolegę itd.). Ten chłopak nazywał się James Marmara i przyjechał z Bostonu. Nie chętnie mówił o sobie, ale z wielkim zaciekawieniem słuchał o nas. To było irytujące gdy ktoś coś mówił to on nie słuchał , ale jak ja się odezwałam to od razu wpatrywał mi się prosto w oczy. „Co on sobie w ogóle myśli?”. Na całe nieszczęście głupia pani dyrektor usadziła mnie w ławce razem z Nim. Źle się czułam siedząc z Nim. Dziewczyny zjadały mnie wzrokiem. Było mi okropnie wstyd. Normalnie były zazdrosne, ale ja nie chciałam z nim siedzieć. Był dla mnie dziwny jakby coś ode mnie oczekiwał. Bałam się go. Ale i tak był pociągający. Na każdej lekcji wszystkie ławki pełne uczniów rozmawiali tylko nie my. Po chwili pani wyszła do toalety więc skorzystałam z okazji. Przeszłam przez klasę i dosiadłam się do Remka. Na twarzy Jacka nie pojawiło się zdziwienie lecz zaciekawienie. Czułam się śledzona. Jak na celowniku. Po chwili spojrzałam na niego, a on pokazywał do mnie żebym wróciła do ławki. Nie wiedziałam o co chodzi ale wstałam i wróciłam na swoje miejsce.
- O co chodzi? - spytałam
- Dyrektorka wraca- odpowiedział
Jego głos był taki miły dla ucha. Było to połączenie męskiego dziecięcego głosu z angielskim akcentem. Uznałam go za chorego psychicznie, bo drzwi były zamknięte i nie słyszałam kroków. Nie wiem czemu jego głos sprawiał, że całkowicie mu ufałam. Już wtedy jego głos otulał mnie. Działał jak kokaina. Nagle z wejściu do sali stanęła dyrektorka.
- Wszyscy którzy stoją lub siedzą nie na swoich miejscach dostają uwagi! – powiedziała.
Zdziwienie ogarnęło mną .
- Skąd wiedziałeś?- zapytałam ale nie oczekiwałam na odpowiedź. James nawet nie drgnął.
Wiedziałam, że cudem było, że się w ogóle ruszył lub coś powiedział. Lekcje minęły szybko. Najgorszy był W-F. Chłopaki śmiali się z Ani bo założyła spodenki na odwrót. Ja siedziałam na trybunach i oglądałam grę w siatkówkę o rok młodszych ode mnie dziewczynek. Nie zauważyłam że po drugiej stronie trybun James robi to samo. Po lekcjach popędziłam do domu. Jednak tam nikogo nie było. Zrezygnowana poszłam do lasu i usiadłam na pniu, o które kiedyś przewróciłam się łamiąc nogę, bo uciekałam przed pijanym zboczeńcem. Było to jedyne miejsce, w którym mogłam się wypłakać. Nie lubiłam płakać na oczach innych. Żaliłam się do siebie. Było mi wstyd. Nie chciałam żeby cały świat wiedział, że jestem beksą Tak mi było łatwiej. Nagle ktoś wybiegł na drogę. To był James. Chociaż na dworze było piekielnie zimno on był w krótkich spodenkach. Spojrzał na mnie zaczerwienił się i uciekł. Zaczęłam się śmiać. Kiedy wróciłam mama już była w domu. Nie wiem czemu miałam ochotę zwierzyć jej się ze wszystkiego. Jednak nie miałam siły. Następnego dnia w szkole nie było tak strasznie. Zaczęła mi się podobać praca z Jamesem, bo on stawał się coraz bardziej otwarty na dziewczyny. Niestety ja nie byłam ofiarą. Chyba zaczęłam coś do niego czuć. Kiedy go nie było bolał mnie brzuch, lub miałam mdłości. Chłopak nadal zachowywał się dziwnie w moim towarzystwie. Na przykład kiedy siadałam do ławki on od razu odsuwał się na drugi koniec i masował sobie ręce. James dopiero poznawał naszą szkołę. Mogłam w każdej chwili go oprowadzić i poznać go bliżej. Jednak On dawał sobie rade beze mnie. Jeżeli czegoś nie wiedział to pytał się Czapli- Jego nowego przyjaciela. Tydzień po przybyciu Jamesa podszedł do mnie Remek.
- Hejka! Dawno nie gadaliśmy. Co się dzieje?
- Nic się nie dzieje. Czemu pytasz?
- Zauważyłem u Ciebie trochę dziwne zachowanie. Chcesz mi o czymś powiedzieć?
- Na prawdę nic mi nie jest.
- Nie chcesz to nie mów .
I odszedł zostawiając mnie samą na korytarzu. Następną lekcją była informatyka. To jedyna lekcja na której nie musze siedzieć z Jackiem (oprócz W-Fu). Byłam zła na Remka. Usiadłam przy komputerze. Nagle poczułam ból w brzuchu. Uświadomiłam sobie, że już nie mogę liczyć na Remka. To przyjaźń tak bardzo bolała. Jaka mogła być cena spojrzenia jednego chłopaka. Byłam już tak zraniona przez niego, że nie chciałam nawet o tym słyszeć.
To tak strasznie bolało. Piekły mnie wnętrzności. Nie mogłam oddychać. Równo z dzwonkiem zerwałam się z miejsca. Dziewczyny z grupy, aż się mnie przestraszyły. Lecz na mnie nie zrobiło najmniejszego wrażenia. Mój obserwator (James) przestał tak intensywnie się we mnie wpatrywać. Teraz oczywiście częściej ze mną gadał. Czułam się szczęśliwa, a za razem ciekawa tego, dlaczego chłopak tak dziwnie reaguje na mnie. Postanowiłam pewnego dnia to wyjaśnić.
- Hej. Jak tam matma? Odrobiłeś?
Chłopak zdawał się być nieobecny. Nie odpowiadał dłuższą chwile po czym otrząsnął się jakby ze snu i spojrzał na mnie. Miał tak przenikliwy wzrok, jakby robił mi badanie RTG mózgu. Jakby zaglądał mi w pamięć lub czytał w myślach. ”a co jak zobaczy co do niego czuje?”. Wpadłam w panikę.
- Halo? Słyszysz mnie??
I znowu bez odpowiedzi… I tak za każdym razem. Nie rozumiałam tego. Skoro chciał pomyśleć to czemu się na mnie patrzał przez cały czas. Na język nasuwały mi się setki pytań. Chciałam tyle się od niego dowiedzieć. To brzmiało jak zadanie nie do wykonania. „Mission Imposible”- ;pomyślałam… „ A co jak on od dawna wie co się kroi?” Ciągle nie zdawałam sobie sprawy, że coraz bardzie pogłębiam tylko dołek, w który wpadłam po stracie przyjaciela. Gdy ktokolwiek wspominał Remka, od razu wpadałam w panikę, zamykałam się w sobie, lub łapałam się za brzuch. Wiedziałam, że ból nie ustąpi. Tak na prawdę bałam się każdego nadchodzącego dnia. Jedynym pocieszeniem był James, który chyba tymczasowo mnie unikał. Od kilku dni ów chłopak nie pojawił się w szkole. Nie wiem czemu czułam się temu winna. Robiła się coraz lepsza pogoda i nasza klasa zaczęła planować wycieczkę w góry. Bardzo chciałam tam pojechać. Nigdy nie byłam w górach. Kiedy pani robiła listę chętnych, Jego nadal nie było w szkole. Martwiłam się. Czemu tak długo go nie ma. „Może cos mu się stało?” „Nie.! nie wolno ci tak myśleć!” Pocieszałam się w duchu. Miesiąc przed wyjazdem pani rozdała nam plan wycieczki.
- Jess może wiesz gdzie jest James?
Cała klasa spojrzała natychmiast w moja stronę. Mieli miny pełne ciekawości.
- Niestety proszę pani nie wiem.
- Trudno, ale jeżeli się odezwie to powiedz, że mam do niego sprawę.
- Dobrze, proszę pani.
Nikt nie wiedział o co chodzi. Widać, że James nie pochwalił się nikomu, że prawie co wieczór dzwoni upewnić się co jest zadane. I codziennie jest ta sama gadka.
- Podyktujesz mi? Proszę. Mam słabą pamięć.
Nie mam wyboru. Oczywiście kiedy nie przychodzi do szkoły codziennie dzwoni żeby mu podać wszystko z całego dnia! Postanowiłam nie reagować na jego dziwne zachowanie. Regularnie podawałam mu zadania. Zachowywałam się jak na prawdziwą koleżankę przystało.
- Hej. Dzwonie po lekcje.
- Domyśliłam się. Z czego najpierw.?
- Jak się czujesz?- zapytał spokojnie…
- A co to ma do pracy domowej.?
- Martwię się…
- Nie masz o co...
- Mam.!
-Po co dzwonisz.? Po lekcje czy po to żeby pogadać.?
- Po… Jedno i drugie…
- Czemu Cię nie ma ?
- Eee… Jestem chory.
- Nie ściemniaj… Przecież mi możesz powiedzieć.
- Nie mogę…
- Dlaczego?
- Nie chce…
-Pani prosiła mnie żebym Ci przekazała, że ona chce z Tobą porozmawiać.
- Miło… Podasz mi lekcje?
- Dlaczego tak nagle zmieniasz temat?
- Spieszy mi się.!
- No dobrze…
Po podaniu mu szczegółowych tematów i zadań przeszłam szybko do rzeczy. Wiedziałam że nie mogę dłużej czekać. Bardzo chciałam dowiedzieć się, czy James jest chętny pojechać na wycieczkę.
- Mam jeszcze jedno pytanie…
- No to mów śmiało.!
- Czy pojedziesz z nami w góry na zielona szkołę?
- Zastanowię się. Jutro będę w szkole to porozmawiamy.
- Jakoś nigdy nie zeszło ci się na odwagę żeby ze mną pogadać w szkole… Jakoś nie mogę w to uwierzyć. Ale trzymam cię za słowo.
- No tak o wiele lepiej.
Po tej niezwykłej rozmowie czułam się jak nowo narodzona. To było świetne, znowu słyszeć jego głos. Wpadałam w panikę. „O matko w co ja się ubiorę”. W naszej szkole nie było jednolitych strojów, ponieważ naszą instytucję nie było na to stać.
Nie uchronnie zbliżała się wycieczka. W naszym mieście miasteczku robiło się coraz goręcej. Był już kwiecień. Nastały wesołe i słoneczne dni. Prawie w ogóle nie było chmur. Wiatr spokojnie pieścił włosy. Kiedy dnia 21 kwietnia James przyszedł do szkoły był rozpromieniony, wesoły, ale i tak nadal miał to coś strasznego w sobie. Na długiej przerwie dałam chłopakowi znak, ze czekam nadal na rozmowę. Spłonął rumieńcem tak samo jak ja. ;)
Podszedł do mnie, ale się nie odzywał. Postanowiłam natychmiast przejąć inicjatywę.
- To jak? Jedziesz?
- W sumie byłam tam już nie raz.
- Proszę. Pięknie. ;*
- No dobrze. Ale to dla Ciebie, a nie dla nich- i przeniósł wzrok na Anię, Ciastka i Miecia.
- Dziękuję- podeszłam bliżej, chwyciłam go za rękę i pocałowałam w policzek.
Miał tak gładką i aksamitną skórę, jak niemowlę. Niestety zauważyła to Ania. Andzia była taką osóbką, że jak ktoś miał większe szanse u chłopaka to od razu zaczynała bluzganie. Łudziłam się, że tym razem będzie inaczej. Ania najpierw spojrzała na mnie spode łba, a dopiero później rzuciła jakimś chamskim tekstem do Marty, która tylko wzruszyła ramionami. Podniosło mnie to na duchu. Pocieszała mnie myśl, że jest jeszcze osoba, która nie będzie się przejmowała jakimiś bzdurami. Dni leciały niespostrzeganie szybko. Tydzień przed wycieczką czyli, 30 kwietnia stała się rzecz, która zmieniła na zawsze moje plany…
