sobota, 24 stycznia 2009

apel...

Kiedy rano obudziłam się, nie zastałam nikogo w domu. Byłam kompletnie sama. Nie wiedziałam co z sobą począć. Chciałam porozmawiać z mamą, lecz najwyraźniej wyszła do pracy. Była 4:15. Dziś do szkoły mieliśmy na 8:50. A w dodatku na pierwszej lekcji czyli na biologii mieliśmy sprawdzian. Postanowiłam się trochę przygotować. Dopiero teraz zauważyłam że na dworze pada deszcz. Było ciemno, ponuro i zimno. Na niczym nie mogłam się skupić. Po 30 minutach zakuwania rozbolał mnie brzuch domagając się jedzenia. Zeszłam mozolnie na dół po drewnianych schodkach. Weszłam do obitej boazerią kuchni. Sięgnęłam po swoje ulubione płatki i uszykowałam sobie bardzo skąpe śniadanie. Nagle w salonie zadzwonił telefon. Byłam zdziwiona tak wczesnym telefonem. Zawahałam się i podniosłam słuchawkę.
- Halo.
- Halo, halo. Jessica. Tu ciocia Ela. Przyjeżdżamy do ciebie na weekend. Już wszystko ustalone.
- Ale ciociu mnie nie będzie…
- Jak to.?
- Jadę na wycieczkę klasową. Na dwa tygodnie. Wyjeżdżam już za pięć dni.
- No cóż. Rosalie nic mi nie powiedziała. Tak dawno się nie widziałyśmy. Wiesz syn mojego znajomego chodzi chyba do twojej szkoły. Ma chyba na imię Jacek.. Nie czekaj James. To taki uroczy szatyn.
- Tak nie zauważyłam takiego w szkole. Kiedy się przeprowadził??
- Chyba niedawno. Wiesz nawet ma tyle lat co ty??
- No nie wiem. Nie znam żadnego szatyna o imieniu James.
I nagle mnie olśniło. Znam Jamesa, ale nie szatyna. Przypomniałam sobie, ze Alice nigdy nie była dobra w rozpoznawaniu koloru włosów.
- Czekaj ciociu. Czy on na pewno ma taki kolor włosów.?
- Oj. Nie wiem dokładnie, ale chyba … Wiesz, że nie jestem dobra w kolorach.!
- Znam go.! Ale nie jest zbyt towarzyski.
- No wiem. Kiedy jeszcze mieszkali obok nas Kasia próbowała go poderwać.
- Tak.? To chyba się zawiodła. U mnie w szkole tez są takie pudernice co ciągle mnie obgadują.
- Za co.? Chyba nic nie przeskrobałaś.?
- Siedzę z Jamesem w ławce…
- To fajnie. Masz takie szczęście.
- Szczęście.?! Chłopak zachowuje się jak wariat. Nie mogę się ruszyć, bo od razu będzie mi się przyglądał.
- Wpadłaś mu w oko…
- O nie…
- Dobra jak chcesz. Ja i tak przyjadę w Sobotę. Na pewno nie wezmę Kaśki bo zwariuje!!
- Okej…
- Lepiej się szykuj bo się spóźnisz.!
- Spoko ciocia. Mam jeszcze 30 minut.!
- Dobra nie przeszkadzam ci.
- No to pa.
- Kocham Cię pa.
Odłożywszy słuchawkę telefonu na miejsce poszłam się ubrać. Dziś miał być apel porządkowy dla klas drugich i pierwszych. Zapowiadała się wielka nuda. Zawsze na takich apelach odczytywane są osoby które zakalikowały się do dalszych etapów konkursów zawodów, lub olimpiad.
Myśląc o moim udziale w konkursie z Języka polskiego ubrałam się i pospiesznie wyszłam na dwór. Nie myśląc o tym co robię zachłysnęłam się powietrzem. James stał na drodze i czekał na mnie. Poczułam się strasznie głupio. W myśli wyobraziłam sobie minę Ani, gdy tylko zobaczy mnie pół metra od niego. Brr… aż mi ciarki przeszły po plecach. Nie chciałam wszczynać pierwszej wojny klasowej.





Podeszłam nieśmiale do Jamesa i ruszyliśmy przed siebie prosto do szkoły. Przypomniawszy sobie rozmowę z ciotka odsunęłam się od niego jeszcze dalej. Niestety zauważył to.
- Co się dzieje?
- Nic.
- Na pewno.?
- Na pewno nic mi nie jest…
- Nie chcesz to nie mów.
I zamilkł. Olśniło mnie. Taka była moja ostatnia rozmowa z Remkiem. I nasza przyjaźń właśnie na niej się skończyła. Nie chciałam aby spotkało mnie to drugi raz. Bałam się okropnie. Nie wiedziałam co mam powiedzieć dalej…
- Wiesz, że dziś apel.?
- Tak wiem. Nienawidzę apeli. To takie nudne.
- Masz rację. Tez za tym nie przepadam.
-Hmm…
- Widzę, że cos cię gryzie. Nie będę się narzucał. Wiesz, nie powinienem ci tego mówić, ale coś czuję, że dziś wystąpisz… No wiesz na apelu.
- Na pewno nie. Byłam na jednym konkursie i zajęłam najprawdopodobniej ostatnie miejsce.
- Nie martw się.- Podszedł i otoczył mnie ramieniem. Podłapałam rumieńce. Tego nie zauważył bo spuściłam głowę. Udało mi się zrzucić jego umięśnioną rękę z moich ramion dopiero gdy dochodziliśmy do placówki. Ostrożnie odsunęłam się od niego, aby Anka nie zaczęła mnie bluzgać. James nie rozumiał tych głupich przepychanek. Tyle razy mi mówił, że mam się nie przejmować Anią, a szczególnie Pauliną, która ze złości czasami podstawiała mi nogi, lub zanosiła gdzieś plecak. Ale ja go nie słuchałam. Po prostu bałam się ich.! Nie byłam w stanie im chamsko odpowiedzieć. Za nimi stawała większość dziewczyn, bo one były fajne, a ja nie. W sumie nie było we mnie nic z wojowniczki, nic z miss piękności, ani nic prawdziwej kobiety. Nie było u mnie nawet cycków. Byłam płaska jak DH. A jednak James wolił mnie od innych. „Może jest chory umysłowo”- pomyślałam. Tego nie mogłam wykluczyć. Chociaż przestał gnieść sobie ręce, nadal wpatrywał się we mnie z apetytem, a nawet z chęcią zabicia mnie.
Dochodził koniec lekcji religii. Więc za niecałe 15 minut będę musiała stać na środku i słuchać o osiągnięciach innym ciekawych ludzi. Było wiadomo, że Ania i Paulina na pewno zostaną wyczytane, bo wygrały konkurs cheerleaderek. Ciastek wygrała konkurs języka polskiego, matematyki i języka angielskiego i niemieckiego. Daria to prawdziwa maszyna do wygrywania.
Nim się obejrzałam już szłam wolnym krokiem ku wielkiej sali gimnastycznej. Ustawiliśmy się w rzędzie. Spojrzałam do przodu. Wiele osób tu nie znałam. Na przykład w klasie 2c była jakaś nowa dziewczyna. Stała z Mp4 cała ubrana na czarno. Miała okulary. Odwróciła się i spojrzała na Jamesa. A on oblał się rumieńcem i przeszedł do przedniego rzędu, aby lepiej widzieć daną osobistość.
Pani dyrektor poprosiła o ciszę. Najpierw standardowa formuła „ Baczność, spocznij sztandar wprowadzić”. To było najnudniejsze. Nie cierpiałam tego czekania. W końcu doszliśmy do tej części apelu, którą lubiłam najbardziej- rozdanie dyplomów. Najpierw wyszła Ania i Paula, potem Daria, a na końcu Dominika. Został więc konkurs biologiczny. Zacisnęłam ręce w pięści i czekałam. Nagle usłyszałam ”Jessica Berger”. Nie wierzyłam własnym uszom. Ten konkurs był najważniejszy ze wszystkich i startowało w niej 250 uczniów.! Nieśmiało wyszłam na środek. Odwróciwszy się spojrzałam na Jamesa. Uśmiechał się lekko. Siedział prosto i nie patrzył na czarno włosą piękność tylko na mnie. Zarumieniłam się a za chwilę pobladłam. Pani dyrektor trzymała trzy wielkie książki, kopertę, dyplom i medal. Zdziwiłam się, że aż tyle razem dostanę. Nagle pani powiedziała:
- W tym roku mamy drugiego finalistę. Co prawda test pisał w innej instytucji, ale nagrodę dostanie tutaj. Zapraszamy na środek Jamesa Marmara.
Z ust wydało mi się głośne „Uhm”. Wstał opanowany i ze swoją codzienną gracją podszedł do pani by odebrać nagrodę. Widziałam jak z bólu, Ania i Daria nie mogą wysiedzieć na miejscu. One tez brały udział w tym konkursie. Posmutniałam bo pani kazała nam zostać po lekcjach na chwilę. Już nie mogłam się doczekać tego, że pochwalę się mamie, a ona mnie mocno uściska.
Po wszystkich lekcjach poszłam posłusznie do sekretariatu, by zaczekać tam na panią. Ledwie weszła a poczułam piękny, kojący zapach męskich perfum. Wiedziałam, że James już tam jest. Pani przyszła po 30 minutach więc zdążyłam się nawdychać dezodorantu i potem bolał mnie nos. Po minie dyrektorki domyśliłam się, że coś jest nie tak.
- A więc słuchajcie. Dzisiaj przyjechała do naszej szkoły delegacja z Zakopanego. Niektóre dzieci już zostały porozdzielane do klas. Niestety my musimy wysłać kogoś w zamian. W tamtej szkole oczekują kogoś mądrego, zdolnego, no wiecie kogoś z talentem. Pomyślałam, że wy dwoje możecie pojechać. Nie przyjmuje sprzeciwów. Co chcesz Jess.?
- Chciałam się tylko zapytać kiedy jedziemy…
- Jak to kiedy… Jutro. Co znowu.?
- Co z naszą klasową wycieczką.?
- O nic się nie martw. Szkoła zwróci pieniądze twojej mamie, a wy jesteście zwolnieni.
- Czyli to znaczy, że nie jedziemy na wycieczkę do Rabki.?
- Nie. Nie jedziecie.
- Szkoda.
- Tak bardzo wielka. A teraz do domu pakować się. Wasi rodzice już wiedzą. Do jutra pod szkołą.
- Ostatnie pytanie. Na ile tam jedziemy?
- Trudno powiedzieć, ale chyba na 2 miesiące.
- Fajnie.
„Dwa miesiące bez tych głupich jędz”. Zorientowałam się, ze James na mnie patrzy.
- O co chodzi.??
- Dwa miesiące będziemy daleko stąd.
- Ja tam się cieszę. Przynajmniej nie będę musiała patrzeć na Ankę.
- Też racja.
I uśmiechnął się łobuzersko. W jego uśmiechu było cos takiego co zwalało mnie z nóg. Moje nogi były jak z waty… Szłam jednak dzielnie koło niego bojąc się, że w każdej chwili mogłabym się przewrócić bo w ogóle nie patrzałam pod nogi.
W tej chwili liczyło się tylko to, że jutro wyjeżdżam razem z Jamesem do Zakopanego. Czekała mnie czternasto godzinna podróż w jednym przedziale z najprzystojniejszym chłopakiem w szkole.
Kiedy weszłam do domu moja urocza, a za razem szalona mamusia rzuciła się na mnie z gratulacjami. Wyjrzałam zza jej pleców. Na przedpokoju stały już poukładane w stosik torby. Zdziwiłam się bardzo.
- Mamo co te rzeczy robią tutaj.?
- No przecież jutro wyjeżdżasz.! Zejdź na Ziemię.!
- Houston mamy problem. Jak ja to wszystko udźwignę.?
- Jessica zgłoś się.! Ja Ci pomogę.
- No tak… A później.?
- Spoko loko. Tam tez ktoś Ci pomoże.
- Nie ma mowy. Zaraz to przepakuje.
- Zraniłaś moje uczucia…
- Mamo. Uwierzyłabym w te słowa gdybyś się nie śmiała.!
- Dobra spróbuje innym razem. ;)
- Kiepska z Ciebie aktorka.! Ale będziesz miała całe dwa miesiące, żeby się nauczyć.
- Postaram się. A teraz chodź na obiad.
- Ok. Wiesz z kim jadę.?
- Olśnij mnie.!
- Pamiętasz opowiadałam Ci kiedyś o takim Jamesie.
- Nie gadaj… Z nim jedziesz.! Super.!!
- Tez się cieszę. Wiesz może gdzie jest aparat i moja Mp3.?
- Zapakowane w torbie. Spojrzałam na zegarek. Byłą już 17:00. Już nie mogłam się doczekać jutrzejszego dnia. Nie miałam pomysłu na spędzenie jeszcze kilku godzin w domu. Pomimo późnej godziny postanowiłam się przejść. Ubrałam się i wyskoczyłam przez okno( Miałam pokuj na parterze) i pobiegłam w kierunku lasku. Powili zwiedzałam każdy zakamarek lasu. Po dwóch godzinach łażenia w kółko, postanowiłam jednak wrócić i posiedzieć trochę z matką. Zawróciłam w stronę nie oświetlonej dróżki, którą przed chwilą szłam. Strasznie się bałam. Szybko przeszłam przez zarośla i pojawiłam się na osiedlowej uliczce prowadzącej prosto do domu. Szłam wolnym krokiem patrząc w Ziemię. Od czasu do czasu podnosiłam tylko głowę, by zobaczyć czy na nikogo nie wpadnę. Kiedy po raz piąty podniosłam głowę po drugiej stronie chodnika zobaczyłam idącego w takiej samej pozycji jak ja przed chwilą Jamesa. On po chwili także podniósł wzrok. Nasze spojrzenia na chwile się spotkały. Zaczęłam iść coraz szybciej. W zadziwiająco szybkim tempie dotarłam do domku. Mama siedziała jak zwykle w salonie z nosem w TV. Usiadłam koło niej i przytuliłam ją najmocniej jak umiałam. Zamilkła. Skorzystałam z okazji i uciekłam do pokoju by zacząć się przepakowywać. Mama zapakowała mi do torby najbardziej niepotrzebne rzeczy z szafy. Po przeczesaniu wszystkiego zwolniły się aż trzy torby.! Po tak długim sprzątaniu zmorzył mnie sen.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz