sobota, 7 lutego 2009

Zagubiona...

Bałam się chwili, kiedy się obudzę i ujrzę swoje spalone, lub poszarpane ciało. Mimo, że już od dawna leżałam na czymś twardym, nie dawałam znaków życia. Gdybym teraz otworzyła buzie, żeby cos powiedzieć najpierw wydarłabym się a dopiero później zaczęła normalnie myśleć. Więc leżałam w bez ruchu. Wokół mnie było niezwykle cicho. Nie mogłam uwierzyć. Przecież dopiero przed chwilą obok nas zdarzył się wypadek. Słyszałam tylko spokojny oddech Jamesa. Wydawało mi się, że ból pomału odchodzi. Otworzyłam niepewnie oczy. Piekły mnie strasznie od dymu unoszącego się w powietrzu. Przeraziłam się tym co zobaczyłam. Byliśmy sami. Obok nie było nikogo. James siedział po turecku i nachalnie gapił się na mnie. Miał nienagannie czysty strój i pięknie ułożona fryzurę. Wciąż byłam na niego wściekła za te chamskie odzywki do mnie, za te wszystkie tajemnice, lecz przestało mnie bawić ciągłe obrażanie się na wszystkich. Próbowałam cos powiedzieć, ale nie mogłam. Oddychałam, ale wcale tego nie potrzebowałam. Nie robiło mi to różnicy. Powietrze wlatywało do płuc i spokojnie wylatywało. Podniosłam się i zobaczyłam to czego tak się bałam. Cała byłam w krwi. Skrzywiłam się, ale nie z bólu tylko z obrzydzenia. Nigdy nie lubiłam widoku krwi, a jej zapach powodował u mnie mdłości. Była tak wyrazista, świeża migocząca. Z całego pociągu ludzi zostaliśmy tylko my i góra gruzu, powyginanych drutów i krwi. Nikt nie przeżył… Tak jak mówił James.

Poczułam ukucie gdzieś pod sercem. Byliśmy tylko my. Bez cywilizacji i jakiego kolwiek środka komunikacji. Całkowicie odcięci od świata.

Dochodziło południe, gdy postanowiłam ruszyć się z Ziemi. Dziwiło mnie zachowanie Jamesa. Od rana siedział i medytował. Miał zamknięte oczy, rozluźnione ramiona i przerażająco śmieszną minę. Kilka razy uśmiechnął się pod nosem, gdy ja ryczałam ze śmiechu, lecz nie ruszył się Az do wieczora. Przez ten cały czas ja przeszukiwałam resztki pociągu. Nie znalazłam nic prócz kilku walizek z ubraniami, kilku aparatów cyfrowych i zepsutych teczek z papierami. Gdy już miałam się poddać w jednej z teczek znalazłam telefon z pękniętą szybką. Było naprawdę śmiesznie gdy spadła na mnie wielka teczka z jakąś porcelaną i James pomagał mi wyjść s pod siedzenia… ;)

Tego dnia nie mogłam spać, tak samo jak James…;* Postanowiłam to wykorzystać. Było strasznie zimno, ale na pewno nie nam. Leżeliśmy na podłodze w jakimś przedziale przykryci stertą ubrań. Długo wpatrywaliśmy się w siebie. Chciałam się dowiedzieć co się stało. Nic nie pamiętałam. Najbardziej ciekawiło mnie, dlaczego tylko my przeżyliśmy.

- Co się stało?- zaczęłam. Bałam się tylko, że znów zacznie się wykręcać. Było bardzo dużo czasu na opowiadania.

- No przecież wiesz wykoleił się pociąg, a my zdążaliśmy wyskoczyć zanim wagony zaczęły się wywracać.

- Skąd wiedziałeś, że nikt nie przeżyje?- serce zaczęło bić szybciej.

- No wiesz… Jestem wychowany w rodzinie pełnej przesądów. Przedtem mieszkałem obok takiej dziewczyny, która bardzo mnie intrygowała. Zdaję się że miała na imię Kasia. No i moja mama była wróżką. Uczyła mnie o ludzkich zachowaniach. To było proste. Gdy ludzie się czegoś boją są słabi, bezużyteczni. Stoją tylko i czekają, aż ktoś im pomoże. Lecz nikogo takiego nie ma. Każdy człowiek ma podobny umysł. Gdy pojawia się jakaś przeszkoda, od razu zamyka się przed nią, co powoduje zatrzymanie niektórych zmysłów. Tak było i tym razem…

- Czekaj wspomniałeś coś o Kaśce. Jaka ona była?

- No wiesz taka jak prawie każda dziewczyna… Cała umalowana i wyperfumowana i w skąpych strojach…

- Nie o to pytam…

-Ehh… no brunetka, niezbyt ładna jak na mój gust, chuda i niska.

- Aha…

Teraz w mojej głowie była burza. On mówił o mojej kuzynce. O mojej zwariowanej, walniętej kiedyś przez piorun kuzyneczce.

Kiedyś Kasia wracała do domu podczas burzy. Miała przy spodniach metalowy łańcuch. Gdy przechodziła pod drzewem przy torach, używała telefonu. Dzwoniła do cioci. W tym czasie uderzył w nią piorun kulisty. Nie był duży, ale zrobił swoje. Cała poparzona Kaśka trafiła do szpitala, dzięki grupie przechodzących osób. Zauważyli ją i wezwali pomoc. Gdy była już w szpitalu, przeszczepiali jej skórę. Trwało to długo, ale po operacji wyglądała jakby nic się jej nie stało.

Siedziałam, a dokładnie to leżałam na siedzeniu, jednego z przedziałów zniszczonego pociągu. Miałam co robić. James spał(przynajmniej udawał), a ja czytałam książki które znalazłam w innych torbach. Cudem było, że świeciło światło. Książki były denne i monotonne. Wszystkie o tym samym ( dziewczynie z biednego domu, która przeprowadza się do małego miasta. Nie może się odnaleźć o nagle zjawia się on… miesza jej w głowie i żyją razem w zdrowiu i szczęściu). Po ciężkim dniu zasnęłam z nadzieją, że jutro się obudzę w łóżku, a mama mi powie, że to był tylko koszmar.

Śniłam o jasnej kuleczce, która szepce do mnie o dogodnościach i każe iść za nią, a ja posłusznie wychodzę z pociągu niczym marionetka na sznurkach nie mogąc oprzeć się jej światłości. Ten sen był taki realistyczny. Czułam jak uderzam stopami o podłoże, jak wiatr rozwiewa mi włosy i najgorsze… ja patrzyłam na to swoimi oczami. Oczami bezbronnej dziewczyny, która jak idiotka idzie prosto w paszczę krokodyla.

Rano obudziłam się na środku lasu przy kilku takich samych kamieniach. Zrobiło mi się nie dobrze. Gdzie ja jestem? Nie wiedziałam co mam robić…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz